Dom tępych noży 12

Dom tępych noży
Dla Marioli, bez której nic nie byłoby możliwe
Rozdział 12

Osobowy ze Szczecina do Przemyśla telepie się przez Poznań, Wrocław, Kraków, Rzeszów. Osiemnaście godzin telepania. Przemyśl to dobrze – to nie jakiś wypad za miasto – to wypad na drugą stronę. Dosłownie. Jeśli się poddasz, jeśli zauroczą cię przestrzenie, możesz na zawsze wypaść ze swojego świata. Nie pomoże fajna praca, nie pomoże lśniący lakier samochodu. Jakaś niewidoczna zadra wbije się w serce i już nigdy nie uwolnisz się od tęsknoty za Bieszczadami.

W pustym przedziale można się wyciągnąć, nakryć wyświechtaną kataną, i spać. W pustym przedziale śpi się dość fajnie, takie kołysanie pomaga. Ale gdzieś za Poznaniem coś mnie tknęło – coś przestało się zgadzać. Za cicho. Za pusto. W przedziale nikogo, w wagonie nikogo. Ściągnąłem z półki mój wielki podróżny wór, który dostałem kiedyś od marynarza na plaży w Chałupach.

Marynarz był ubrany od obu stóp do swojej jedynej głowy, a ja w stroju bardziej zgodnym z nigdzie nie spisaną regułą panującą na tym wąskim, rozgrzanym pasie piachu, który inny rudzielec unieśmiertelniał w dość głupiutkiej piosence. I tak siedzieliśmy obok siebie, w słońcu, wpatrując się błękit morza i nieba, i nie mówiliśmy nic. Nie dziw się. Jak się marynarza nie zna, to się od niego nie mówi, bo i o czym. Marynarz ma swoje paski na koszuli, ma dziewczynę w każdym porcie (najczęściej tą samą co wszyscy inni marynarze), ma świecąca blaszkę na czapce. Morskie przestrzenie to dla niego suchar powszedni.

Dostałem to właściwie nie jest właściwe słowo. Dostać to można w ryj albo bilet w kamasze. A ten wór to owoc ciekawości i działania, które sięga do samego zarania ludzkości – handlu wymiennego. Jak już się tak nasiedzieliśmy w tej nadmorskiej ciszy, wyjąłem z plecaka co tam tylko miałem – a miałem tylko dwa trochę sterane podróżą skręty. Marynarz na początku zrobił minę, ale potem wziął. Kaszlał jak dziecko, łzy leciały mu jak dwulatkowi gdy spadnie z roweru. W rozrywającej ciszy fal i lekkim dymie o zapachu wysp karaibskich siedzieliśmy bez słowa, a granica pomiędzy morzem i niebem zacierała się kawałek po kawałku, aż w końcu stała się cienką niebieską linią, która w końcu w niezauważalny sposób – choć na naszych zamglonych oczach – pękła, tak jak pękają wszystkie więzy zbyt cienkie, by utrzymać w ryzach rozszalałe żywioły.

Wtedy marynarz rozsznurował swój wielki, marynarski wór, i powoli wyjął z niego wszystkie swoje rzeczy. Wyjął wszystkie koszule w paski, wyjął spodnie bez pasków, wyjął białe podkoszulki, galerię skarpet, które chyba wiózł matce do wyprania, dżinsy, katanę, kanapki, jakieś domowe cichobiegi. Potem, bardzo powoli, podniósł się ze wzrokiem wtopionym w piach, jakby tam szukał środka ciężkości falującego świata. Przez chwilę walczył z manelami, które ogarnięte nagłą wolnością ze wszystkich swoich materialnych sił walczyły z jego jakby mniej sprawnymi rękami. W końcu jednak pozbierał wszystko. Wyprostował się na ile mógł i odszedł. Powoli, topiąc gołe stopy w ciepłym piachu, szedł tak długo w kierunku Wejherowa aż najpierw zniknęły paski na koszuli, a potem on sam – zniknął zupełnie, jak gdyby nigdy go nie było. Ostał mnie się ino pusty, jakby pozbawiony duszy, biały odduszony flak worka wiązanego grubym, niebieskim sznurem.

W przedziale nikogo, w wagonie nikogo. W drugim wagonie to samo. W trzecim. Czwartym. Przeszedłem osiemnaście wagonów i nie znalazłem nikogo. Wszystkie przedziały puste, na półkach ani jednej torebeczki. Za oknem wieczór, płasko, jakaś rzeka. Z każdym obrotem stalowych kół bliżej jest do punktu B, a dalej do punktu A, pamiętam ze szkoły. Kreci się kreci koło za kołem, tak to to, tak to to, gładko tak, toczy się w dal, zabawka blaszana, tylko grubasów z kiełbasą brak, i kto to, a dokąd tak gna to puste pudło, w którym nic się nie mieści. Pora się obudzić, to jakiś głupi sen.

Czasem jednak zdarza się taki sen, z którego nie można się obudzić. To nie sen, to rzeczywistość. Jak smok z podwawelskiej pieczary z zamkniętego wcześniej wagonu na samym początku pociągu wyłania się kanar i wpijając we mnie swój granatowo-mundurowy wzroku mówi: bilet do kontroli.

Dziwne ludzie te kanary. Jakby myśleli, że są jakimiś cudotwórcami w mundurkach. Że jak coś powiedzą, to się stanie, i to od razu. A skąd ja mu mam teraz bilet wziąć, co? Maszyna po szynach sunie gdzieś koło Ostrowa, a ja przecież w Szczecinie wsiadłem. No to chyba oczywiste, że mu teraz biletu nie wyczaruję. Jak się nie kupiło na stacji, to się biletu nie ma. A nie kupiło się, bo się nie miało za co. Jedzie się od Szczecina do Przemyśla nie tylko na gapę, ale i na głodnego.

Kanar jednak nie gapa i od razu zaczyna czarować. Pokazuje mi starą sztuczkę kanarów – jedna dłoń wyczarowuje mały długopis, druga świeżutki, jeszcze pachnący farbą drukarską, dziewiczy plik mandatów. Dłonie schodzą się razem, kanar raz jeszcze wbija się we mnie wzrokiem i, krótko, ucinając końcówki słów wprawioną wewnętrzną żyletka pytą: imię i nazwisko?

Na moje szczęście byłem już na podobnych przedstawieniach w innych teatrach żelaznych. Korci mnie, żeby mu powiedzieć, że wiatr wyrwał mi bilet z dłoni, gdy przez otwarte okno podziwiałem nasz ukochany kraj, umiłowane miasta i wioski. Ale w ostatniej chwili, może w świetle mijanej lampy, dociera do mnie, że zmęczenie w jego oczach to nie chwilowy kaprys podstarzałego organizmu, ale długa, powolna, beznadziejna walka z nuda wiecznie stukających kół, mijanych stacji i użerania się z takimi półgłówkówami jak ja, którym się wydaje, że jak się ma siedemnaście lat to wszystko wolno.

Gdzie są wszyscy?

To pytanie na krótką chwilę wyrywa go z roli. Niezainteresowanymi oczami patrzy ponad moją głową wzdłuż korytarza przedziału, potem powoli na mnie. Oczy mu się zwężają, jakby musiał mnie wyłuskać z gęstej mgły i po chwili milczenia pozwala wypłynąć z jego ust tej jednej, jedynej, oczywistej dla całego świata prawdzie, która w jakiś magiczny sposób mnie ominęła: dzisiaj jest Sylwester.

W pustym pociągu, na samotnego kanara trzeba znaleźć jakiś bardziej konkretny sposób niż bilet tańczący na wietrze. W taki dzień nie pomoże pieniądz, który zazwyczaj za cenę mniejsza niż bilet w kasie zapewni ci prawo pobytu w przedziale aż to docelowej stacji. Gdy nad osiemnastoma pustymi, rozpędzonymi wagonami rozpościera się ostatnia noc roku a po wsiach zwierzęta mówią ludzkim głosem na nic się zdadzą wykręty i powiastki. To nic, że jeszcze nie północ – trzeba i mnie przemówić do niego ludzkim głosem, jak do normalnego człowieka, którym przecież jest, jasno i konkretnie. Nie mam biletu, nie mam pieniędzy. Wsiadłem i jadę, a dojechać muszę. Jak wypisze, to i tak nie zapłacę, bo nie mam z czego. To nie ultimatum, tylko prośba – niech mnie wysadzi w najbliższej pipidówie, albo pozwoli jechać do końca. Proszę.

Może to czar czarnej Sylwestrowej nocy, może spokojnie wypowiedziana prawda, a może po prostu samotność kanara. Miał kanar butelczynę, miał miejsce w swoim przedziale. Gęsi zawiodą, kaczki zawiodą, ale wódka nigdy nie zawiedzie. I w taki sposób, jak najlepsi przyjaciele, wśród sprośnych kawałów, historii z życia, fałszując piosenki Perfektu, Manaamu i Budki, stalową maszyną tnąc kraj na dwie nierówne części, dojechaliśmy razem do świtu, a tuż za nim, do Przemyśla.