Święte imperium 21

Święte imperium

Rozdział XXI

Choć Paryż był znacznie chłodniejszy niż Madryt, policja tu była nie mniej wściekła. Otrzymał ponowne „zaproszenie” do pojawienia się w biurze prokuratora Generalnego Republiki, który tym razem oskarżył go o bezpośrednie utrudnianie śledztwa.

– Nie można utrudniać czegoś, co nie istnieje. Odkąd mnie pan wypuścił nic nie zostało zrobione i dobrze pan o tym wie. Kompletnie nic. Nie ma pan nic nowego, a ten osobnik wciąż pozostaje na wolności i zrobi to raz jeszcze, i to wkrótce.
– Nie prosiłem pana tutaj by wysłuchiwać pańskich rad ­– prokurator zagrzmiał mu prosto w twarz – i nie mam żadnego obowiązku tłumaczyć panu, na jakim obecnie etapie znajduje się śledztwo. Pan się zapomina, Matin.
– Wręcz przeciwnie proszę pana. Jako obywatel tego kraju mam pełne prawo zadać panu te pytania i domagać się odpowiedzi. I tylko ja znam odpowiedź, i to też pan wie. Mam zamiar wywabić tego lista z dziury i dokonam tego.
– Do jasnej cholery, o czym pan mi to opowiada Matin? Nie ma pan planu. Nie ma pan żadnego planu. Pan jedynie kręci się wszędzie, robi zdjęcia i gada do telefonu. Pańskie wyczyny na Facebooku nie pomagają. Jest pan wyłącznie przeszkodą. Ma pan z tym skończyć i to natychmiast!
– Bardzo szanuję pański punkt widzenia, ale obawiam się, że niestety musze odmówić. Muszę go znaleźć, żebyście wy mogli zrobić resztę. On naprawdę chce być złapany, wierzę w to. To czego mam potrzeba to przekonująca pułapka, w którą da się wciągnąć.
– Tu nie ma żadnego „my” Matin. Tylko my zajmujemy się tą sprawą, i my go złapiemy. Niech się pan trzyma od tego z daleka, ostrzegam pana, niech się pan trzyma od tego z daleka.
– Ostrzega mnie pan? Czyżbym znalazł się w niebezpieczeństwie?
– Powiedziałem, niech się pan trzyma z daleka. Niczego pan nie ma i nie powinien pan się do tego wtrącać. Jeśli zostanie udowodnione, że jakiekolwiek z pańskich posunięć stanie nam na drodze i choćby w najmniejszym stopniu przeszkodzi w ujęciu tego szaleńca, osobiście pana oskarżę. Niech pan dobrze zapamięta moje słowa Matin.

Niektóre rozmowy potrafią ciągnąć się w nieskończoność nie wnosząc absolutnie nic nowego, i to zdecydowanie była jedna z takich rozmów. Równie dobrze mogliby stać naprzeciw siebie patrząc jeden na drugiego w milczeniu, jak to mają w zwyczaju bokserzy przed walką.
 
Wieża Saint-Jacques, jutro, 11 rano.
 
Skąd on wie, że jestem w Paryżu?
–  zastanawiał się Jean-Baptiste patrząc na tego sms’a. Musi mnie śledzić, ale jak? Bardzo dziwne. Trzeba to zbadać.
 
Następnego dnia pojechał metrem do Cité i przeszedł przez rzekę przez Pont au Change. Na Place du Châtelet było bardzo głośno – długi kawałek ulicy był odcięty, maszyny cięły i mieliły asfalt a mnóstwo kierowców trąbiło. Wszedł na plac od strony Avenue Victoria i mijając wieżę poszedł w kierunku niewielkiego ogrodzenia. Było zrobione z żywopłotu, otwarte z jednej strony, z ławkami w różnych kolorach – czerwonym, zielonym, żółtym, wszelkie w odcieniu wyblakłych pasteli. Czerwona, pomyślał. Z tego co się potem stało nie pamięta zupełnie nic.
 
Gdy przyszedł do siebie, oślepiła go wisząca nad nim lampa. Starał się ponownie otworzyć oczy, ale światło w górze było zbyt mocne. Nie chcąc patrzeć prosto w lampę bardzo powoli obrócił głowę w lewą stronę i otworzył oczy. Mimo że wszystko było rozmazane, jak gdyby patrzył na pokój przez pękniętą soczewkę, wiedział, że jest noc. Gdy tak leżał, powoli wybudzając się z głębokiego snu, zaczynał też odczuwać zwiększający się ból. Najbardziej bolała go głowa i prawa strona ciała choć reszta wcale nie była w lepszym stanie. Wszystko wciąż było niewyraźne, ale jego oczy powoli przyzwyczajały się światła w pokoju. Słyszał szum i brzęczenie urządzeń stających obok jego łóżka. W poprzek jego twarzy i pod nosem biegła rurka z tlenem. Kroplówka mocno tkwiła w jego żyle. Na jednym z palców, jak gruba klamerka, siedział pulsometr.
 
Starał się przekręcić na drugą stronę. Nagły ból w tyle głowy i następujący natychmiast po nim przeszywający ból w boku zmusiły go do czujnego leżenia na plecach i brania jedynie płytkich, krótkich oddechów.
 
Gdy się obudził, światło dnia wypełniało całą salę. O ile wszystko dobrze widział, poza nim nie było tam nikogo.
 
Przyszła pielęgniarka. Nie umiał powiedzieć czy była młoda czy stara ani jaką była jej twarz. Wszystko było wciąż rozmazane.
 
– Proszę pana, czy pan mnie słyszy? Pochyliła się nad nim. Jej twarz była teraz blisko jego. Czy pan mnie słyszy?
– Tak, wymamrotał.
– Zawołam doktora. Wyszła szybko. Już po chwili pochylała się nad nim inna twarz.
– Jestem doktor Jacques Allard. Jest pan w szpitalu Saint-Antoine. Został pan pobity. Musieliśmy operować. Spał pan trzy dni. Proszę się nie ruszać. Musi pan odpoczywać. Najlepiej jak będzie pan spał.
 
Doktor sprawdził jego reakcję na światło i posłuchał jego serca i płuc. Popatrzył na wykres temperatury. Być może sprawdził też urządzenia i rozmawiał z pielęgniarką, ale Jean-Baptiste zapadł z powrotem w sen i nic o tym nie wiedział.

Jego oczy otworzyły się następnego dni i światło już nie pozwoliło mu z powrotem zasnąć. Wciąż był obolały, zwłaszcza głowa i bok. Zjawił się doktor Allard i odprawił ten sam rytuał co poprzednio.

– Jak się Pan nazywa?
– Jean-Baptiste, przerwał i zaczął mamrotać, Matin. Nazywam się…
– W porządku, wystarczy. Panie Matin, został pan pobity i pchnięty nożem w prawe płuco. Ciężko też pana skopano. Czy pan cokolwiek pamięta?
– Nie, jedynie szept ulotnił się z jego ust.
– Tak myślałem. Uderzono pana w głowę, bardzo mocno, metalową palką lub czymś takim. Musieliśmy trochę pozszywać. Rana po nożu nie zagraża pańskiemu życiu. Operacja przebiegła pomyślnie, ale musimy być czujni. Jak powiedziałem wczoraj, najlepiej jeśli będzie pan przez cały czas spał.
– Dziękuję, jego glos zamarł i nic więcej nie mógł powiedzieć.

Doktor Allard odwiedzał go codziennie, czasami dwa razy dziennie, wykonując te same badania i rozmawiając z pielęgniarką. Dopiero po tygodniu Jean-Baptiste widział ich twarze wyraźnie. Doktor Allard zawsze mówił jedynie to, co powiedzieć musiał, a pielęgniarka, choć była rozmowna, miała na głowie także innych pacjentów. Przez większość dnia leżał więc sam, dzieląc pokój i czas jedynie z płaskimi dźwiękami maszyn, do których był podłączony.

Zaczęli mu przynosić gazety. Jego imię i zdjęcia ze szpitala były wszędzie. Przyniesiono mu mały telewizor. Nie było dnia, żeby o nim nie mówili.

– Muszę zadzwonić w kilka miejsc, powiedział do pielęgniarki. Gdzie jest moja komórka?
– Zapytam lekarza, odpowiedziała i poprawiła mu poduszkę. Głowa wciąż boli?
– Już nie tak bardzo.
– Naprawdę niewiele brakowało. Miał pan wielkie szczęście. Dobranoc panu, zajrzę do pana rano.

Noce w szpitalu są zawsze trochę straszne. Wraz z zapadnięciem nocy całe miejsce przeistacza się w świątynię szeptów. Niby panuje tu kompletna cisza, ale wszędzie słychać jakieś dźwięki, przytłumione brzmienia nie mające określonego znaczenia, które snują się po korytarzach dopóki ranek nie zaprosi do środka krzątaniny nóg i dźwięczenia dzwonków. Jak tylko na scenę wkroczą głośne dźwięki, świat znów zaczyna wyglądać znajomo.

We wtorek odwiedził go Pierre Rivet. Przyniósł ze sobą kilka książek i kolorowych magazynów, jak poprosił go Jean-Baptiste przez telefon. Rozmawiali o pracy, która wciąż nie przyniosła żadnych konkretnych efektów.

– Kto to był? Pamięta pan coś?
– Nic a nic.
– To nie przypadek. Niczego panu nie zabrali. Dla mnie to jasne, że to był zaplanowany atak. Ktoś chce, żeby pan wypadł z gry.
– Policja mówi, że to rabunek, który potoczył się inaczej niż tego chcieli. Że wystraszyli ich jacyś ludzie.
– Jasne, rabunek. Srunek nie rabunek. Rabusie nie noszą noży. Miał pan wielkie szczęście, że ci ludzi weszli do parku. Mało brakowało.
– Mało brakowało, powtórzył jak echo, jak gdyby zastanawiał się nad znaczeniem tych słów.
– Dokładnie tak. Myśli pan, że to był on?
– Tak sądzę. Albo to sprawka prokuratora, ale nie wydaje mi się. Mało prawdopodobne.
– Bardzo mało prawdopodobne. Jakby chciał żeby pan był cicho, ma inne metody, bez brudzenia sobie rąk.
– Chce pan powiedzieć, że nasz plan działa?
– To pański plan. Ja cały czas byłem i dalej jestem, przeciwny.
– Wiem. Ale inaczej się nie da. Musimy sprawić, żeby spanikował i wykonał jakiś ruch. To był ruch.
– Był. Będzie tu pan teraz siedział miesiącami.
– Rivet, mamy coś. Co wiemy?
– Było ich dwóch, może jeszcze ktoś trzeci w samochodzie, ale nie wiemy, czy mieli samochód.
– Dwóch. Coś, po czym można by ich poznać?
– W głowę uderzyli pana czymś metalowym, a nóź był wąski, nie dłuższy niż siedem centymetrów. W bazie danych pełno mamy takich rzeczy.
– Więc tutaj nic. Odciski butów? Ubranie?
– Odciski butów dały bardzo niewiele. Za to chyba mamy coś z kurtki. Gdy pan zemdlał, jeden z nich musiał pana powstrzymać przed upadkiem albo upadł pan na niego. Tak czy inaczej, mamy kilka nitek materiału.
– Wiedziałem. Wiedziałem, że bezpośredni kontakt coś da.
– Powolutku. Wciąż nic nie wiemy.
– Małymi krokami, ale dojdziemy tam. Kiedy odezwie się laboratorium?
– Za dwa dni.
– Dwa dni. Świetnie. Pozdrów ode mnie wszystkich i niech działają dalej.
– Oczywiście, nie musi pan tego mówić. Do zobaczenia za dwa dni.

Rivet wyszedł. Jean-Baptiste podniósł komórkę i zadzwonił do starego La Rivière.

– Dobry wieczór panu! Było oczywiste, że La Rivière się ucieszył.
– Dobry wieczór. Jak się pan ma, La Rivière?
– W porządku, dziękuje. Co u pana? Wszyscy o pana pytają.
– Wszyscy? Podziękuj im i powiedz, że u mnie w porządku i że wkrótce przyjadę. Co na polach?
– W jak najlepszym porządku proszę pana. Wszystko idzie na czas. Proszę się o nic nie martwić, Jérôme i ja dajemy sobie radę.
– Dobry chłopak, ten pana Jérôme.
– O tak, bardzo dobry chłopak.
– Świetnie. Muszę już kończyć panie La Rivière. Wkrótce znów porozmawiamy.
– Dziękuję. Życzę panu szybkiego powrotu do zdrowia.

Piątek był pierwszym dniem kiedy pozwolono mu wstać z łóżka. Francine, pielęgniarka, pomogła mu usiąść na wózku i wywiozła go na korytarz. Przesuwali się wzdłuż otwartych drzwi. Niektóre pokoje były puste, w niektórych była tylko jedna osoba, ale były też dzielone przez trzech, a nawet czterech pacjentów. Na końcu korytarza Francine otworzyła drzwi i wjechała do środka.

– Jak pan sobie życzył, prysznic. Tutaj ma pan czysty ręcznik. Tutaj jest reszta – wskazała na małą pułkę, na której obok różowego mydła stała butelka zielonego szamponu. Jeśli będzie pan potrzebował pomocy, niech pan naciśnie ten przycisk. Ze ściany wystawał czerwony grzyb.
– Dziękuję.

Pozwolono mu na krótkie spacery. Często rozmawiał z innymi pacjentami w ich pokojach albo z pielęgniarkami, jeśli miały czas. Zjawiali się reporterzy i fotografowie, aż w końcu przestali. Choć bok wiąż bolał, z każdym dniem mógł robić coraz więcej i robił. Pewnego dnia, zupełnie nieoczekiwanie, w drzwiach jego pokoju stanął, dźwigając spory kosz winogron i butelek, Jérôme La Rivière. Historie z Estagel nigdy się nie zmieniały. Zawsze były uspokajające.

– Jeśli nie stanie się nic nieprzewidzianego, w przyszłym tygodniu będziemy mogli wypuścić pana do domu – na te słowa czekał prawie dwa miesiące. Twarz doktora Alladra była jak z marmuru ale w jego oczach błyszczały iskry zadowolenia. Zobaczymy się zanim pana wypiszemy. Proszę pamiętać, że musi pan być wciąż bardzo ostrożny – żadnego podnoszenia ciężarów, żadnej siłowni, nic wymagającego używania siły, co najmniej przez sześć miesięcy.
– Tak doktorze, pamiętam, dopowiedział z uśmiechem. Najważniejsze, że będę mógł wrócić do pracy i wyjść na zewnątrz. Brakuje mi spacerów.
– Oczywiście. Jeśli coś się wydarzy, jeśli poczuje pan ból w głowie albo w płucach, musi pan do mnie natychmiast zadzwonić. Doktor Allard położył kawałek papieru na jego łóżku. Tu jest numer mojej komórki i numer do szpitala. Może pan dzwonić o każdej porze.
– Mam nadzieję, że nie będę musiał doktorze.
– Jeszcze przez co najmniej rok będzie pan odczuwał dyskomfort. Niech pan dobrze o siebie dba. A teraz nich pan je co tu panu przynieśli zanim wystygnie Allard powiedział patrząc na talerz z ziemniakami, sałatą i kawałkiem smażonej ryby. Bon appétit.
– Dziękuję za wszystko doktorze. Mam nadzieje, że się jeszcze spotkamy.
– Oby nie tutaj, Allard, odwracając się ku wyjściu, odpowiedział z lekkim uśmiechem.

Tego samego dnia przyszedł Rivet.

– Już czas, powiedział patrząc mu prosto w oczy.
– Wszystko gotowe. Muszę tylko wiedzieć, że jest pan tego absolutnie pewien. Kiedy się zacznie, trudno będzie to zatrzymać.
– Wszystko gotowe?
– Tak.
– Wiec nie ma na co czekać. Nie możemy pozwolić, by uderzył ponownie. Jutro rano?
– Tak, zaczniemy jutro rano. Będę panu zdawał sprawę codziennie. Media z pewnością będą trąbić o tym bez przerwy.
– Nie daj się złapać.
– Nie ma obawy. Wszystko będzie jak zapanowaliśmy.
– Powodzenia Rivet.
– Dziękuję. Do zobaczenia po drugiej stronie.

Moje własne doświadczenie mówi mi, że gdy jakiś plan jest właśnie dopinany na ostatni guzik, zawsze nagle wyskakuje coś zupełnie nieprzewidzianego. Coś, co go zakłóca a nawet – w poważniejszych przypadkach – przekształca w bezsilną kompilację luźnych pomysłów, bezlitośnie eksponując wszystkie popełnione w fazie przygotowania błędy. W takich chwilach ludzie dzielą się jedynie na dwie grupy – takich, którzy tracą ducha i takich, którzy nie poddając się starają się wypracować lepszy plan.

Zdarzają się także, choć oczywiście znacznie rzadziej, takie szczęśliwe przypadki, gdy nieprzewidywalne okazuje się być najlepszym, co mogło nas spotkać. Gdy coś takiego się wydarza ludzi znów można podzielić na dwie kategorie – tych którzy zechcą pochwycić nadarzającą się okazję i takich którzy, obawiając się że zakłóci ona ich skrupulatnie przygotowany plan, kompletnie ją zignorują.

Na zewnątrz słonce powoli zachodziło. Wieczorna bryza bujała drzewa w małym parku. Co poniektóre dachy chwytały ostatnie promienie dnia i na chwilę rozbłyskiwały, jak gdyby słonce, jak na klawiszach, grało na nich swoją dobranocną rapsodię, zbyt czystą by można ją było usłyszeć.

Oparty o ścianę Jean-Baptiste przyglądał się zachodowi zastanawiając się co ma teraz zrobić; teraz, gdy otrzymał ten krótki telefon. Z jednej strony przydarzało się to w bardzo źle wybranej chwili i nie tylko, że nie przetrwa, to na dodatek okaże się zupełnie niepotrzebną przeszkodą, odciągającą go od jego zadania. To nie jest dobry czas; chochlik szeptał mu do ucha. Był też jednak inny chochlik, który doradzał, by nie przepuścić takiej możliwości, takiej okazji, której przecież pragnął od dłuższego już czasu.

Gdy trochę wcześniej zadzwoniła jego komórka, rozmowa, o ile dobrze to sobie wszystko przypominam, przebiegła mniej więcej tak:

– Cześć.

– Kto mówi? – zapytał zaskoczonym głosem, mimo że od razu wiedział, że to ona.

– Cześć, tu Juliette. My…
– A!. Cześć Juliette. Co u ciebie?
– W porządku. Co u ciebie? Słyszę, że wkrótce wypuszczą cię ze szpitala.
– Tak? Od kogo?
– Z mediów. Wszyscy mówią tylko o tym.
– No tak, może za kilka dni będę mógł wyjść. Chciał powiedzieć coś więcej, ale zadecydował się milczeć.
– Bardzo się cieszę. Jak się czujesz?
– W porządku. Trochę obolałych miejsc tu i tam, ale poza tym w porządku.
– Kiedy będziesz w Marsylii?
– Sprzedałem mieszkanie. Jakiś czas temu.

Przez chwilę w słuchawce panowała zupełnie nieszpitalna cisza.

– A…, Juliette brzmiała jak ktoś, kto właśnie zrozumiał coś ważnego. No cóż, ja…
– Dlaczego dzwonisz? Minęło tyle czasu.
– Dużo czasu. Tak. Ja… jestem… byłam… Bałam się. Myślałam, że to naprawdę ty. Nie znaliśmy się…nie znaliśmy się prawie wcale. To nie jest dla mnie łatwe, ta rozmowa. Czuję się winna.
– Nie ma powodu. Wszystko rozumiem. Każdy zareagowałby dokładnie tak samo. Jego glos był spokojniejszy od niego.
– Tak, możliwe, powiedziała. To ja już…
– Juliette, dlaczego do mnie zadzwoniłaś?

Tym razem cisza była znacznie dłuższa i głębsza, jak gdyby Juliette zgubiła się nocą na jakiejś wielkiej prerii, i patrząc w niebo starała się odgadnąć, która z gwiazd jest tą szczęśliwą. Nie przeszkadzał jej.

– Ja… Chciałam zapytać, czy miałbyś ochotę się ze mną zobaczyć.
– Zobaczyć?
– Tak. Zobaczyć.
– No cóż…
– Nie ma sprawy, jeśli nie chcesz, zareagowała natychmiast. Przepraszam, że zawracam ci głowę.
– Juliette? Uciął jej wypowiedź zanim zdążyła się pożegnać.
– W porządku, naprawdę, bardzo cię przepraszam, minęło tyle czasu.
– Juliette, tym razem jego głos był znacznie bardzie stanowczy. Zamilkła. Czy możesz przyjechać do Paryża?
– Do Paryża?
– Tak. Jestem w Paryżu. Mieszkam tu. Wyjdę ze szpitala nie później niż za tydzień i zorganizuję kilka rzeczy. Czy możesz przyjechać? Chciałbym żebyś przyjechała. Na kilka dni. Zobaczymy co się stanie. Co ty na to?
– Na kilka dni? Za tydzień? Muszę najpierw sprawdzić w pracy.
– OK. Nie ma problemu jeśli potrzebujesz więcej czasu.
– Czasu? Nie, z tym nie będzie problemu. Mogę dać ci znać jutro? Muszę porozmawiać z szefem.
– Świetnie, odpowiedział ciepło. Cieszę się, że zadzwoniłaś.

Odłożył słuchawkę i żyli długo i szczęśliwie.

Niezależnie od tego czy cię to zasmuci czy też nie, to nie jest tego typu opowieść. To jest opowieść o człowieku, który raz spędził miły wieczór z dziewczyną, której właściwie nie znał. Uprawiali seks. Podobał mu się jej sposób mówienia, jej wiedza i emocje, które błyszczały pomiędzy jej słowami jak bombki na choince, na wpół schowane za gałązkami. Podobał mu się jej wygląd. Podobały mu się jej długie włosy. To jest opowieść o chłopaku, który wiedział co mu się w tej dziewczynie podoba, ale zupełnie nie miał pojęcia czego w niej nie lubi. Pamiętał jej zapach, jej piersi i pocałunki, i jak jej paznokcie wpiły się w jego skórę, głęboko jak kotwice – ale to już właściwie wszystko. Co prawda widział ją nagą, ale tak naprawdę wciąż otaczał ją welon nieznajomości. Wiedział jedno – że chce z niej zdjąć ten welon sam, poznać ją, i to, że gdy usłyszał jej glos w słuchawce nagły wstrząs, jak małe trzęsienie ziemi, przeszył całe jego ciało.

error: Content is protected !!