Dom tępych noży

Święte imperium

Rozdział II

Była piąta po południu, ale stary, słynny na cały swiat zegar wybił tylko raz.

Mężczyzna w ciemnogranatowych jeansach i czarnej kurtce przeszedł przez pusty most i skręcił w lewo by stromymi schodami zejść w dół.

Gruba warstwa ołowiano-szarych chmur wisiała nad miastem dławiąc wszelkie promienie światła jakie starały się przez nią przebić. Tutaj w styczniu wszystkie domy i drzewa są szare i jest zbyt wilgotno na śnieg.

W pół drogi do mostu skręcił w krótki pasaż pomiędzy biurowcami, pojawił się po jego drugiej stronie i podszedł do ulicy. Bez oglądania się przeszedł na drugą stronę i zniknął w czymś, co wyglądało jak czarna dziura. Było to stare wejście do budynku, który niegdyś tu stał, ale już dawno został zburzony.

Osiem milionów mieszkujących tu ludzi siedziało w domach, wychodząc jedynie gdy było to naprawdę konieczne. Miasto stało się niebezpieczne. W TV rząd w dalszym ciągu utrzymywał, że panuje nad wszystkim, ale na ulicach wyglądało to inaczej. Narkotyki, noże, kradzieże, bójki, podpalenia – wszystko to było na porządku dziennym. Długie lata ciężkiej pracy jaką wykonał nareszcie przynosiły owoce i choć z zewnątrz wszystko wyglądało jak Park Zwycięstwa, oficjalna władza już od dawna nie rządziła ulicami.

Wszedł do hallu górującego nad miastem budynku, wjechał windą na najwyższe piętro i wszedł do swojego biura. Lało od miesiąca.

Po długotrwałych przygotowaniach i manipulacjach, trzy ostatnie lata wypełnione były ciągiem małych krachów, w trakcie których rozszalały ocean zapaści całej gospodarki pochłonął wiele bezbronnych łódeczek. Całe przedsięwzięcie trwało oczywiście znacznie dłużej. Dokładnie dwadzieścia cztery lata.

Choć jego biuro nie było wielkie, było wystarczająco duże by czuć się w nim wolnym. Wypolerowany, czarny blat biurka. Telefon i mała lampa, na wypadek gdyby musiał pracować do późna. Ściany były ze szkła, ale i tak nikt nie mógłby go podglądać. Szkło było specjalnie przyciemniane tak aby nikt z zewnątrz nie mógł zobaczyć co dzieje się w środku, jednocześnie w żaden sposób nie wpływając na to jak on widział to, co było za oknem. Na dodatek wszystkie inne budynki były znacznie niższe – widział ich dachy, daleko w dole, jak gdyby był tu jedynym dorosłym, otoczonym przez gromadkę małych dzieci.

W przeciwieństwie do tego czego oczekiwano, sztorm nie zakończył się po kilku tygodniach, wręcz przeciwnie – sprawił, że wściekły napad tej burzy trwał, atakując wszystkich bez wyjątku. Jak niewzruszony kosiarz, fala destrukcji przetoczyła się przez kraj, ścinając wszystko co znalazło się na jej drodze – traktując tak samo wielkie korporacje i małe firmy. Złapanie taksówki stało się nie lada wyczynem – kraj w szponach kryzysu zawsze można poznać po braku taksówek. Bankructwa były na porządku dziennym. Krematoria, nie nadążając z paleniem ciał samobójców, pracowały dzień i noc. Miasto stało się ciche i zapuszczone, przypomniało bardziej ukrytą w grudniowym lesie wioskę niż stolicę kraju.

Rozciągając się aż do wzgórz na północy i lasów na południowym wschodzie miasto leżało bezdźwięcznie w dole. Budynki i miejsca niegdyś tak wypełnione nieustającymi falami turystów stały teraz opuszczone i zapomniane. Wielkie koło tkwiło bez ruchu. Pałac, wieża, nawet stylizowany na średniowieczny most – wszędzie było pusto. Ciemna, wzburzona rzeka z furią pchała swoje wody. Po dwóch tysiącach lat to dumne niegdyś miasto zapadało się w czarną dziurę własnego sukcesu.

To nie był projekt jego pomysłu. Przejął go od swojego poprzednika, który, jak każdy członek Kręgu, w wieku dwudziestu dziewięciu lat przeszedł w stan spoczynku. Już wtedy projekt był rozwinięty w zaawansowanym stopniu i gdyby nie to, że on ufał zupełnie innemu podejściu, mógł z powodzeniem być kontynuowany w dokładnie ten sam sposób. To, czego on chciał się trzymać nie było niczym nowym, wręcz przeciwnie. Po dokładnym przestudiowaniu tego kraju postanowił, że najwłaściwsze będzie trzymanie się starych, sprawdzonych rozwiązań, jedynie nieznacznie poprawionych tak, by pasowały do warunków współczesnego świata.

Trudno byłoby nie świętować tak wielkiego zwycięstwa. Usiadł na krześle obok biurka i wpatrywał się w szklaną taflę ściany. Niebo pociemniało już bardzo. Chmury odbijały się w czarnej, wypolerowanej podłodze. Sięgnął po stojącą na stole butelkę whiskey i nalał sobie odrobinę.

Rzymu nie zbudowano w jeden dzień; tak samo odarcie tego miasta z jego znaczenia wcale nie było łatwe. Krąg przygotował go na to, ufał mu, a on był zdeterminowany odnieść sukces. Podchodził to tego ze stoickim spokojem. Od chwili przejęcia projektu wszystko, każdy najdrobniejszy szczegół był wymyślony przez niego. Manipulacje na giełdzie. Trudne do wyjaśnienia wypadki samochodowe ważnych osobistości. Fiasko znaczących relacji międzynarodowych. Wszelkiego rodzaju układy z innymi państwami – wszystko podlegało jego bezpośredniemu nadzorowi. Na kompromis nie było tu miejsca; wiedział, że musi doprowadzić swój plan do pomyślnego końca.

To nie był jego pierwszy sukces, za to zdecydowanie największy. Zadanie zostało wykonane. Równowaga została zachowana. Jego misja tutaj właśnie się zakończyła. Nadszedł czas by zadbał o wyzwania leżące przed nim gdzie indziej. Wkrótce zostanie mu zadane najważniejsze w tej chwili pytane – pytanie o jego wybór. On już podjął decyzję.

W trakcie swojego istnienia Krąg dopracował swój sposób operacji, co oczywiście znacznie ułatwiło mu zadanie. Nigdy nie widziałeś go w działaniu? No cóż, być może najlepiej będzie jeśli dam ci kilka przykładów. Pamiętasz wielkiego Aleksandra? Świetnie. Zastanawiałeś się kiedyś dlaczego nie mógł wskazać następcy? Jego wielkie imperium, okupione latami niekończących się podbojów i setkami tysięcy zabitych, rozpadło się w mgnieniu oka. Albo na przykład rozproszenie się apostołów – choć to okrutne, jest bardzo prawdopodobne, że bez nagonki na nich nie opuściliby Judei przez bardzo długi czas, a może nawet nigdy by tego nie zrobili. Albo bitwa pod Austerlitz – gdyby Austriacy posłuchali Ruskiego generała Mikhaila Illarionovicha Kutuzova, oglądalibyśmy porażkę Napoleona już wtedy. Był on jednak w tamtej chwili potrzebny, więc Krąg zorganizował to tak, by wszystko poszło po jego myśli i kontynuował, aż do pamiętnego czerwcowego dnia w 1815 roku gdy wszystko zostało zaaranżowane na korzyść kogoś zupełnie innego. Albo popatrzmy na Babilon – bądźmy szczerzy, jak dotąd jedną z najdoskonalszych cywilizacji – jak myślisz, dlaczego upadła? A kto zaaranżował wszystko tak, by Kublai Khan zawsze miał zawsze tyle jedzenia i picia ile tylko dusza zapragnie, aż zrobił się gruby i ospały? Mur Hadriana – dlaczego nie wzniesiono go bardziej na północ, choć przecież Rzymianie mieli Vallum Antonini? Mógłbym tak wyliczać bez końca. We wszystkich tych przypadkach Krąg zadbał o to by kruchy, droższy niż całe złoto świata balans sił pozostał nienaruszony.

– To ja. Do zobaczenia za dwie godziny – powiedział spokojnym głosem i odłożył słuchawkę, po czym wstał, podszedł do wbudowanej w ścianę szafy, przebrał się i wyszedł z biura.

Uwodzenie myśli. Mistrzowskie opanowanie tej sztuki było kluczem do jego sukcesu. Rekrutowano wielu, każdy z nich miał do wykonania swoją część planu, zupełnie nie mając pojęcia jaki jest główny cel ich działania. Przez lata przenikali do społeczeństwa, pielęgnowali rozdźwięk i podziały, siali przeciwstawne pogłoski, nieustannie wpływając na opinie i przeganiając prawdę – krótko mówiąc robili co tylko się dało by zakłócić równowagę myśli, aż wreszcie doprowadzili do tego, że nikt już nie był w stanie odróżnić prawdy od fałszu a ludzie dotarli to punktu, jakże cennego dla każdego polityka, punktu w którym zupełnie już o to nie dbali.

Zewnętrzna winda niosła go w dół. Chmury podnosiły się wyżej i wyżej, a domy wciąż się przybliżały, aż w końcu, gdy winda dotarła na parter, były już naturalnej wielkości. Zjeżdżając w dół patrzył na miasto poprzez swoje odbicie w szybie, niepełne, przezroczyste odbicie dobrze ubranego mężczyzny. Czarny garnitur, nieskazitelnie biała koszula, ciemnoniebieski krawat. Gładko ogolona twarz. Czarne włosy. Żadnego kapelusza. Za kilka dni skończy dwadzieścia dziewięć lat.

Często myślał o tym, jakie do dziwne, że politycy i wielcy dygnitarze tego świata dawali się w to tak łatwo wciągnąć, że tak łatwo poddawali się popartymi lukratywnymi kontraktami sugestiom – w końcu było to działanie wymierzone bezpośrednio przeciwko nim samym, ich rodzinom, ich dzieciom. Własnoręcznie i bez jakiegokolwiek przymusu niszczyli przyszłość swoją, swoich dzieci, a być może nawet swoich wnuków. Wpatrywali się prosto w oślepiające słońce wręczanych im kwot, których nie wolno im było nikomu zdradzić. Czy to możliwe, że byli ślepi na konsekwencje swoich czynów? Jakże potężna jest siła porządnie wypchanej koperty.

Drzwi windy otworzyły się. Przeszedł przez pusty hall i zszedł do podziemnego parkingu. Kilka lamp wciąż się paliło. Zatrzymał się i wcisnął przycisk na kluczykach do samochodu. Krótki, wysoki dźwięk odbił się od ścian i rozszedł po całej hali.

Metalowy znaczek w klapie marynarki zalśnił przez chwilę w sztucznym świetle lampy. Mały, nierzucający się w oczy, nie większy niż guziki marynarki, okrągły, czarny znaczek z czterema srebrnymi literami na środku: ZWZO. Zawsze wierny. Zawsze oddany.

Wjechał na lotnisko przez starą bramę do załadunku samolotów transportowych. Przejechał wzdłuż całego pasa startowego i zatrzymał się po jego drugiej stronie. Główne budynki lotniska stały daleko, słabo oświetlone, spowite w zapadającą ciemność.

Będzie pamiętał ten dzień. Dzień jego triumfu. Ostatni dzień pracy.

Samolot wzbił się w powietrze. Jeszcze raz spojrzał na miasto i wolno pociągnął drążek do siebie. Samolot przebił chmury. Nagle niebo stało się czarne i wszędzie widać było jak gwiazdy walczą o światło z jaskrawym półksiężycem.

Po godzinie wylądował na lotnisku Paris Charles de Gaulle które, pomimo późnej pory, wciąż przyjmowało i wypuszczało samoloty. Samochód, identyczny z tym jaki zostawił za sobą, już na niego czekał.