Są też i takie wojny

Są też i takie wojny

Są też i takie wojny, które wygrać trzeba.

Stojąc, niczym uczciwy człowiek, w drzwiach samolotu,
Spóźniony tchórz z uśmiechem macha bezużyteczną kartką
W kierunku wiwatującego tłumu,

Który z nieprzymuszonej woli
Niczym bezmyślny latawiec
Daje się nieść pustym obietnicom
Byle dalej odsunąć pęczniejący kielich goryczy.

On chyba nie wie, że po raz ostatni uśmiecha się do niej.
Jej dłoń w pospiechu zapamiętuje alfabet jego twarzy.
Moje niewprawne oko znów mnie oszukuje: widzi wolno
Wracającą do domu, lecz nie rejestruje nic gdy ona
Jak filigranowy wazonik pęka na ostre kawałki rozpaczy.

Co mogę jej powiedzieć? Że trzeba było?
Że mój też by poszedł? Jak podziękować, że mogę żyć
Jak chcę, jak on powinien móc? Miał przed sobą wszystko,

A dostał ciężki koc, saperkę, dwa granaty
I skromną garść naboi do obrony świata.
Słowa w ustach wysychają mi na popiół.

Tamtego przedświtu
Przedzierał się
Przez pełną ciał plażę,
A po wszystkim
Ocierał z twarzy
Krew martwych kolegów
Nawet nie udając,
Że stara się
Opanować drżenie.

Jak stare baby na sobotnim rynku,
Maki tłoczą się wzdłuż pola żółtego rzepaku.
Za polem spokojne topole
Trzymają wartę nad całą okolicą.
Są też i takie wojny, które wygrać trzeba.

Nie moim był głos, który wtedy słyszał,
I to nie ja przychodziłem mu do głowy.
W apteczce spał nietknięty bandaż i kilka tabletek,
Na uśmierzenie bólu, gdyby ból się zjawił.

Choćbym tu stał cały dzień, i jutro, i aż do końca tygodnia,
Nie oślepi mnie błysk bagnetu, nie ogłuszy granat
Ani krzyk dobijanych, którzy już nigdy nie wstaną.
Tłum rzepaku buja się na wietrze w takt niewidzialnej muzyki.

Nie o ziemię, nie o chleb dla dzieci,
Nie o żyzne łona kobiet, nawet
Nie o to który z bogów jest bardziej.

Tym razem
Chodziło o czystą jak antracyt
Nienawiść.

Weź mnie za rękę jakbyś tańczyć chciał ze mną.
Wsłuchując się w głosy spalonych słońcem rodzin na wakacjach
Idźmy, ty i ja, przez plażę wciąż pamietającą spękany śmiercią świt,
Tłustą do szumu fal i trzepotania wiatru.

Oczywiste było, że on nigdy nie wróci. Siedziała
W drewnianym fotelu przed domem, sama,
I wpatrując się w zachód słońca rozmawiała
Z niedopalonym papierosem.

Czas, jeśli można go dotknąć, jest prawdą
Która staje się wspomnieniem, wspomnieniem które
Murszeje w banał, banałem który rozpływa się w niepamięć,
Gdzie pamięć i prawda nie mają już władzy.
Na krańcu każdej epoki budzi się lęk, stary jak ogniska, i sprawia, że

Są też i takie wojny, które wygrać trzeba. Każdego dnia jesteśmy
Na tej samej plaży gdzie gęsto ściele się
Trup tych co nie wierzą, że trzeba iść prosto.